Remise, czyli muzeum komunikacji miejskiej

Remise, jak tłumaczy słownik, to budynek (a raczej buda lub szopa), gdzie można odstawić różne pojazdy. Myślę, że odpowiednim słowem po polsku jest zajezdnia. Właśnie w tej zajezdni można obejrzeć zachwycające pojazdy poruszające się po ulicach Wiednia. To nie tylko tramwaje, czy autobusy, które znamy i pamiętamy. Historia ta sięga dalej i opowiada o bryczkach czy wagonach ciągniętych przez konie. Remise jest atrakcją dla dzieci, ale uwierzcie, dorosły też nie będzie się nudził!

O wystawie

Do tego muzeum wybrałam się przy okazji odwiedzin, bo szukałam pomysłu na coś nieoczywistego w Wiedniu. Moja mama widziała już sporo w tym mieście. To był luty, więc przy niskich temperaturach nie chciałyśmy biegać tylko po dworze, tym bardziej, że był z nami mój maleńki synek. Jakie było nasze zdziwienie, kiedy się okazało, że hala nie jest ogrzewana i w środku też jest zimno. Myślę, że latem jest odwrotnie i w największy upał można w środku poskwierczeć. Ale nie sprawdzałam, mogę się mylić.

Zachwyciło mnie to miejsce, z dwóch powodów. Podziwiam i bardzo lubię współczesną komunikację miejska Wiednia. Do tego ciekawi mnie i zagłębiam się w historii miasta. To muzeum to połączenie tych dwóch tematów. Do tego wystawa jest zrobiona tak, by nie nudziły się dzieci. Jest sporo atrakcji, gdzie można coś nacisnąć, posunąć, przekręcić. Można poczuć się jak motorniczy: zmienić szyld stacji końcowej, pociągnąć za sznurek i zadzwonić, zaciągnąć hamulec. Przyznam się szczerze, że sama wypróbowałam te gadżety. Jedna ze stacji wyjaśnia różnicę między prądem zmiennym i stałym, między dużym i małym oporem itd. Jak widać, można nauczyć się nieco fizyki. Kto do dziś nie ogarnął ten może to szybko nadrobić. ;)

Najwspanialsze są jednak pojazdy. Na samym początku mamy lokomotywy i stare pociągi. Część maszyn w czasie wojny miała inne zadanie niż przewóz osób. Służyły do transportu towarów albo zwłok. Dalej prezentują się lśniące i majestatyczne autobusy, w tym piętrowy. Kto wiedział, że takie jeździły we flocie wiedeńskiej komunikacji miejskiej? Obok znajdują się różne modele tramwai. Najciekawsze jest to, że w muzeum stoją też takie, które pamiętam jak jeździły po mieście, ale już dziś ich tam nie ma. To trochę dziwne być częścią historii, tym bardziej, że nie czuję się (i nie jestem) stara. ;) Ostatnia część pokazuje komunikację w innych miastach na świecie.

 

Wystawę oglądała starsza kobieta. Była na tyle wiekowa, że pamiętała czasy krótko po wojnie. Żywa historia. Jak pięknie jest posłuchać, co tacy ludzie mają do powiedzenia. Zwiedzanie nabrało nowego wymiaru. Czułam, jakbym tam była. Mówiła o tym jak wskakiwała do tramwajów. O konduktorach, którzy mieli nawet swoje miejsce w wagonie tramwajowym. Na prawdę coś niezwykłego.

Świetnie się tam bawiłam. Nauczyłam się wielu ciekawych rzeczy. Wystawa mnie wciągnęła, bo poznałam kulisy pracy kierowców i na pewno tam jeszcze raz pójdę. Poczekam tylko, aż mój syn podrośnie i nabierze zainteresowania pojazdami mechanicznymi.

 

Czego nauczyłam się w muzeum?

Autobus na zdjęciu powyżej powstał po wojnie i jeździł na lini nr 4 z Westbahnhofu na Prater przez Mariahilferstrassse. Przez to jak wygląda z przodu nazywano go Wiener Schnauze (wiedeński pysk). Wchodziło się do niego tylko przednimi i środkowymi drzwiami. Tak jak w tramwajach wcześniej konduktor kasował bilety chodząc między pasażerami. Od 1952 konduktor miał swoją konsolę w środku.

W latach sześćdziesiątych pojawiły się autobusy piętrowe i zastąpiły niektóre linie tramwajowe. Piętro pozwalało na przewiezienie większej liczby gości. Niestety Wiedeń nigdy w tej kwestii nie stał się Londynem. Przyczyna była prozaiczna. W stolicy Austrii odcinki miedzy przystankami są niewielkie, więc pasażerom nie chciało się wchodzić do góry i nie wykorzystywano dodatkowej powierzchni.

1. sierpnia 1976 krótko przed godziną piątą autobus nr 8084 wjechał na most Reichbrucke. W tym momencie stało się coś niespodziewanego: most runą na całej swej długości do Dunaju. W autobusie na całe szczęście nikogo nie było, a kierowca uszedł z życiem. Nie miał szczęścia kierowca busika jednej z prywatnych linii. Pojazd na zdjęciu powyżej kilka dni później został wyciągnięty z rzeki i po remoncie wrócił na ulice. A dzisiaj stoi w muzeum.

Po tym jak w 1977 roku zmieniono KaertnerStrasse i Graben w strefę dla pieszych pojawiła się potrzeba na małe busiki, który zmieszczą się między budynkami w wąskich uliczkach. Tak powstał City Bus. Nazywają go Kleiner Flitzer. W tym miejscu małe wtrącenie. Flietzer to małe sportowe, szybkie autko lub ktoś, kto szybko biega. Tym słowem też nazywane są osoby, które szybko biegają… nago na stadionie. Jedyną ich wadą jest silnik dieslowski na ropę, a nie jak w innych autach napęd na płynny gaz.

 

To oczywiście nie wszystko, co można tam zobaczyć i czego można się na nauczyć.

 

Tu strona domowa muzeum: Verkehrmuseum.

Niestety wizytę trzeba zaplanować, bo miejsce to jest otwarte tylko środy (9-18), soboty i niedziele (10-18). Wstęp: dorośli 8 Eur, młodzież 15-18 lat 6 Eur, dzieci poniżej 15 r.ż za darmo.

 

Daliście się namówić na wizytę w Remise, Muzeum Komunikacji Miejskiej?

Print Friendly, PDF & Email