Tytułomania

Austriacy mają „coś” na punkcie tytułowania. Gdy pacjent jest wzywany w poczekalni, to nie obędzie się bez „Doktor”, „Magister” itp. Powiem szczerze. Powyżej magistra umiem zrozumieć. To w końcu nie lada sprawa dorobić się wyników naukowych. Ale zaskakują mnie „inżynierowie”. Proszę nie mylić z polskimi inżynierami, czyli ludźmi, którzy ukończyli studia wyższe. Tutaj inżynier to tyle co nasz technik. To samo z „Kfm” – Kaufmann, z tego co się orientuję, to nasz technik ekonomii. Dotarły do mnie słuchy, że studenci, którzy ukończyli 2 semestry studiów, dostając się na kolejny etap, już wpisywali sobie przed nazwiskiem nazwę osiągniętego etapy studenckiego nauczania. I nie był to licencjat…

Ciekawie czyta się nagrobki na Cmentarzu Centralnym, szczególnie tam, gdzie leżą ludzie pochowani  w czasach cesarskich i krótko po. Oto tytuł „Hofrat” –  radny przetrwał koniec imperium i II wojny światowej. Tytuł zawodowy bez kwalifikacji akademickich był (jest?) przyznawany w Austrii przez Prezydenta Federalnego i był oficjalnym tytułem dla urzędników.
Nawet mnie się przydarzyła taka śmieszna historia. Przyznam się szczerze, że do dziś nie mogę się przyzwyczaić, gdy zwracają się do mnie „Frau Magister”. Moja, powiedzmy, klientka spytała mnie jakie mam wykształcenie. Odpowiedziałam, że ten zawód można wykonywać tylko po studiach. Wtedy ta pani zaczęła mnie przepraszać. Bo mnie nie doceniła (SIC!). Tak tu się czasem ocenia ludzi…