Dlaczego rok 2016 był wyjątkowy? Też pytanie! Nasz syn przyszedł na świat! I to zaledwie 9 dni po wpisie o podobnym tytule: Dlaczego rok 2015 był wyjątkowy? Poprzedni rok był pod znakiem miłości, ten: rodzicielstwa.

Pierwszy kwartał

Początkowe tygodnie ciąży były dla mnie trudne ze względu na mdłości i ich konsekwencje. Nie za wiele przytyłam. W Nowy Rok weszłam w piątym miesiącu ciąży. Gdy byłam ciepło ubrana nikt nie zauważał, że zachodzą zmiany w moim ciele. Bardzo wcześnie dowiedzieliśmy się, że na świat przyjdzie chłopiec. Boże mój drogi, jak ja się cieszyłam. Aż lekarzowi się udzieliło. Tylko mój mąż był lekko zawiedziony, chciał mieć księżniczkę. :D

W lutowy wtorek rano obudziłam się i zaczęłam przy śniadaniu o 5.30 płakać. Spontanicznie. Powiedziałam do mojego A., że coś się dzieje i martwię się, a nawet boję. W drodze do pracy po godzinie szóstej w tramwaju zaczęłam mieć skurcze. Z początku nawet nie wiedziałam, że to one. To było jak lekki ból brzucha jak co miesiąc u kobiet. Po pracy chciałam iść do lekarza. W pracy skurcze nasiliły się. O dziesiątej byłam w drodze do szpitala. Nie będę skupiać się na szczegółach. Wynik tego jest taki, że o godzinie 14:21 moje maleństwo było z nami. Po 25 tygodniach ciąży. Mimo, że dziś jest wszystko w najlepszym porządku to zawsze, gdy o tym myślę, co się wydarzyło, jestem poruszona. Nikt kto nie wiedział sześćsetsiedemdziesięciogramowego  dziecka nie umie pojąć o czym mówię.

Najbardziej zaskakujące jest to, że byłam wtedy bardzo spokojna. Zaufałam Bogu i lekarzom. Więcej nie mogłam zrobić. W środę pielęgniarka zapytała, czy chcę go wziąć do kangurowania. Taka byłam zaskoczona, że mogę go przytulić. Myślałam, że to potrwa zanim będzie go można wyciągnąć z inkubatora. Mój malutki synek ważył tak mało, że go nie było czuć. Choć mieliśmy rozmowę z lekarzami o konsekwencjach i powikłaniach, to na przekór statystykom mały był silny. Oddychał sam. Rósł. W marcu przekroczył kilogram. A potem dwa… A ja po prostu najpierw tylko byłam koło niego. Potem zaczęłam pomagać przy zabiegach pielęgnacyjnych. Jak ja się bałam, jak go pierwszy raz sama podnosiłam…

Drugi kwartał

Od domu do szpitala dzieliła mnie godzina drogi. Na początku nie mogłam się zorganizować, a potem wstawałam z mężem i on jechał do pracy, a ja na oddział. Wchodziłam tam o siódmej razem z ranna zmianą. Rzadko wychodziłam przed 13.00, najczęściej tak jak robotnik ze zmiany, po piętnastej lub później. Młody miał wyjątkową opiekę. Niezwykłe siostry odwalają kawał dobrej roboty! Myślę, że Jego siła i ich ciężka praca dały takie świetne rezultaty.

Kroki milowe w rozwoju. Najpierw intensywna opieka, potem oddział pośredni, potem kolejny już nie taki zaostrzony. Inkubator, łóżeczko podgrzewane i w końcu zwykłe. Sonda w ustach, w nosie, pierwsze karmienie piersią, butelką. Każdy gram więcej, codzienne ważenie, a potem co dwa dni. To były Jego wielkie osiągnięcia, jakby na studia się dostał, albo doktorat obronił. Jak my się cieszyliśmy. Och, o czym ja mówię. Do dziś się cieszymy. Wzruszamy się prawie do łez, bo ząb wyszedł, bo przekręcił się z pleców na brzuch itd. Nigdy nie sądziłam, że mam w sobie takie pokłady miłości.

Maj. Wychodzimy do domu. Wózek nie zdążył dojść. Dobrze, że tylko Maxi Cosi było potrzebne. Tonął w nim. Wszystkie ciuszki za duże. Szukałam sklepów z 44 rozmiarem i normalnymi cenami. A jaka ja byłam zmęczona na początku. Nie poukładane fazy snu i życie nocne mnie zabijało. Najgorsze jednak było odpompowywanie mleka. Co trzy godziny w dzień i w nocy. Ledwo zasnęłam to już wstawałam. Nienawidziłam pompy. A maleństwo było za słabe a potem przyzwyczajone w szpitalu do butelki. To był warunek wyjścia. Młody musiał umieć sam jeść. Z piersi nie umiał.

Trzeci kwartał

Na spacerach wszyscy się zachwycali, bo smok nasz był taki słodki i maleńki. Dziś jest nieco większy, ale jeszcze bardziej słodki. W sierpniu na jednej Mszy wzięliśmy ślub i ochrzciliśmy potomka. Ten czas był spokojny i nic wyjątkowego się nie działo. Oprócz szczepień. Serce mi się kroi i łzy mi zawsze lecą. Nie wiedziałam, że takie małe ciałko umie włączyć taką głośną syrenę alarmową.

Czwarty kwartał

Jesień minęła szybko. Trzeba było nauczyć się chodzić ubranym i opatulonym jak mały kolorowy bałwanek. W listopadzie weekend w Karlowych Warach. Śliczna miejscowość. Spodobała nam się świeżo odnowiona architektura starego miasta. Gorące źródła robią klimat. Pierwsza kąpiel w brodziku dla dzieci i katar dwa dni później. Ale warto było dla doświadczenia. Kolejne kroki w rozwoju: przekręcanie się z pleców na brzuch itp.

A potem nadeszły święta. Czas, który wyobrażałam sobie rok wcześniej i zastanawiałam się, jak będzie. Pewnie dzieciątko już samo będzie siedziało. Tak też było. Spotkaliśmy się z rodziną w połowie grudnia i inscenizowaliśmy wigilię, bo właściwą wigilię spędziliśmy w Kołobrzegu w sanatorium. Mały nie bardzo pojmował o co c’mon i dlaczego mamy takie zamieszanie. Z prezentów najbardziej podobał mu się papier. Ten czas był na prawdę wyjątkowy i rodzinny. Wielka choinka, dużo prezentów, pyszne jedzenie. A pomysł na święta poza domem to najwspanialszy pomysł na świecie. O nic się nie martwisz. Masz podane do stołu. Doświadczasz i odpoczywasz. Będę robić to częściej.

Zakończenie

Tak dotarliśmy do końca roku. Rok małego smoka. Kruszynki, która na początku tylko je i brudzi. A potem je, siedzi, pokrzykuje i nadal brudzi. Ale co tam. Szczęście moje. Wszystko bym oddała dla niego. Ja to chyba mamą zostałam. :D