Nieprzyzwoicie wczesna godzina, krótko przed szóstą. Już na pewno nie zasnę. Po cichutku wstaje, by nie obudzić małego ssaka i idę wypić kawę. Kawa jest ważna, bo noc to puzzle matki karmiącej. Mam tyle pobudek, że składam z kawałków snu noc.
Nie dane było mi się cieszyć ciszą zbyt długo. Starszy syn uznał, że już czas wstawać i podbijać świat od nowa. Zaczynamy od prozaicznych czynności, ubieranie, mycie, śniadanie. Dziś jemy ulubione śniadanie taty, czyli płatki z mlekiem. Teściowie śniadanie jadają za to po włosku, kawa i kawałek ciasta, słodkiej bułki czy coś innego, co z rana podnosi poziom cukru.

Przedpołudnie

Do przedszkola nie mamy daleko, ale droga się dłuży, bo muszę przekonać dziecko, że poranne zjeżdżanie na zjeżdżalni, huśtanie, łażenie po ściance, po ”pająku” z lin to nie najlepszy pomysł. Szczególnie, że jest rosa. Czasem zamiast się cieszyć, ubolewam (z przymrużeniem oka), że za każdym rogiem jest choć mały plac zabaw i atrakcje. Kilka razy też krzyczę za potomkiem, żeby uważał jak jedzie swoją hulajnogą, bo co i rusz leżą miny. Pytam grzecznie: dlaczego właściciele nie sprzątają po swoich psach. Tym bardziej, że miasto rozwiesza woreczki do dyspozycji mieszkańców dwu- i czworonożnych.
Lubię nasze przedszkole, nowoczesne, wielki ogród. Przedszkola dla mieszkańców stolicy są darmowe. Rodzice płacą tylko za posiłki, które dodatkowo w miejskich placówkach są częściowo refundowane. Niestety to kwestia dużego szczęścia, żeby dostać tam miejsce, bo ich pula jest za mała. Należy spełnić kilka wymagań. Przede wszystkim trzeba mieć pracę.
Szybkie pożegnanie ze starszakiem i idziemy do tramwaju. Okazuje się, że pierwszy muszę przepuścić, ponieważ jest wysokopodłogowy. Mam do starych tramwajów sentyment, bo to jeżdżący kawał historii z charakterem. Drewniane podłogi i oparcia, duże okna, które można otwierać (!), choć nie zawsze to się udaje, bo przeciągi… wiecie… Wyświetlacz wskazuje, że następny pojazd za pięć minut i nie trzeba będzie się gramolić z wózkiem. Sieć marzenie, pięknie rozbudowana, tylko jeszcze latem jest czasem trudno, gdy upały topią asfalt, bo nie we wszystkich autobusach, tramwajach i pociągach metra jest klimatyzacja. Ale dojechać da się niemal wszędzie i to już za 1 Euro dziennie, gdy jest się posiadaczem biletu rocznego.
Dziś idzie na tapet urząd. Wysłałam już dwa listy i kilka razy telefonowałam w jednej sprawie. Po tylu latach jeszcze się nie nauczyłam, że najlepiej sprawy załatwiać osobiście. Większa pewność, ale nie stuprocentowa, że wszystko pójdzie zgodnie z planem. Administracja miasta ze swoją monarszą historią nie na darmo jest tak rozbudowana. Urzędnicy coś robić muszą, więc te same sprawy trzeba dwa do trzech razy przerzucić przez kilka biurek. Mam numerek. Dziś czekam tylko pół godzinki i tak! Udało się! Wszystkie sto dokumentów miałam przy sobie, zdjęcie się zgadza, dziecko podobne do siebie. Bach, stempel. Paszport przyjdzie pocztą najpóźniej za tydzień! Misja spełniona!
Szybkie zakupy. Zastanawiam się krótko, co dziś na obiad. Do konkursu stanęły knedle z morelami i sznycel wiedeński.Nie, sznycel nie, bo ja jednak, w przeciwieństwie do przeciętnego Austriaka nie muszę/chcę/mogę go jeść codziennie. A może Krautfleckerl, czyli kapusta z makaronem, takie łazanki tylko z karmelizowanym cukrem? Wygrywają łazanki.

Popołudnie

Czas odebrać syna z przedszkola. Po drodze zahaczamy o place zabaw. Dzieciaki wymieniają się zabawkami i swoimi pojazdami. Każdy częstuje każdego jakimś smakołykiem. Ktoś tam płacze, bo został oblany wodą. Starszaki dosięgają do hydrantu, więc nalewają sobie wodę same, maluchy dostają rykoszetem. Hydranty, których jest bardzo dużo w mieście, są naprawdę wspaniałym pomysłem, szczególnie w gorące, upalne lata.
Po kilku godzinach idziemy w końcu do domu. Pojawia się nieco oporu ze strony potomka, ale jednak udaje się nam dotrzeć na miejsce.
Z pracy wraca tata. Mówi, że na drodze sami idioci, ma podniesione ciśnienie. Najchętniej to pewnie by latał, ale sorry, za krótki odcinek na lot, a szkoda, bo mieszkamy rzut beretem od lotniska.
Jemy wspólnie, młody wybrzydza. Tak mają dzieci na całym świecie (podejrzewam), niezależnie od pochodzenia rodziców. Toczy się leniwa rozmowa.
Na potrzeby ograniczonego słownika dziecka tata nauczył się kilku słów po polsku. Teraz najbardziej przydaje się najważniejsze słowo-hasło, czyli “kupa”, które rusza dorosłych do sprintu na trasie pokój – łazienka. Tata dzielnie podjął to wyzwanie, tak jak naukę języka polskiego – ten maraton idzie mu jednak trudniej, bo mówi, że napotyka przeszkody i przełaje. Pyta dlaczego jest tyle wersji jednej poczciwej dwójki? Mówiąc wprost, ja nie wiem.

Wieczór

Dotarliśmy do wieczora. Tata wytrwale walczy w łazience nie dopuszczając do powodzi. To jego obowiązek rodzicielski, tak się podzieliliśmy. Nie ma też problemu, by zmieniać pieluchy. Uczciwie przyznaje, że są tatusiowie wśród jego kolegów z pracy, którzy ani razu tego nie zrobili, choć mają czworo dzieci, ale to przedstawiciele zupełnie innego kręgu kulturowego. Zresztą domeną tego miasta jest jego mieszanka wielonarodowa, nie od dziś. Korzenie tego stanu rzeczy sięgają czasów cesarskich, gdy państwo rozciągało się na pół Europy. Ale to inny, długi i ciekawy temat.
Dzieci w końcu padły. Siedzimy i rozmawiamy w języku obcym dla obojga, czyli niemieckim. Dla mojego męża, Austriaka, język ojczysty to dialekt. To w nim wyraża się precyzyjniej. Niestety dla mnie nie do ogarnięcia ze względu na faflunienie i gardłowe dźwięki jakby próbowali odkleić gumę od podniebienia. Przykład? Proszę. Rowerek trójkołowy (po niemiecku Dreiradler) to coś na kształt “tralala”. Nie żartuję. W końcu stwierdzamy, że się kochamy i żaden język nam w tym nie przeszkodzi. Czas spać. Dobranoc.